Zaszło tu jakieś poważne nieporozumienie.
Po pierwsze, płyta została udostępniona za pomocą protokołu torrent, a nie za pomocą jednego konkretnego programu, można przecież skorzystać z innego klienta. No, właśnie: klienta. W Internecie funkcjonują różne protokoły przesyłu danych, a www i e-mail są tylko najbardziej popularnymi. Narzekanie na konieczność zainstalowania klienta torrent to trochę jak narzekanie na to, że do pobrania informacji z sieci potrzeba przeglądarki. Co nas prowadzi do drugiej kwestii.
York wybrał akurat tę formę dystrybucji, bo – jak podkreślał w swoim „manifeście” – torrent to protokół, który pozwala zapomnieć o kwestii hostingu, czyli kosztów utrzymania serwera i przepustowości. Zaletą torrenta jest właśnie jego rozproszenie, czyli przeniesienie tych aspektów na użytkowników. To zresztą świetny pomysł, moim zdaniem, aby odczarować torrenty i pokazać, że mogą one służyć również innym celom niż tylko bezpłatne pobieranie treści (a nie „pirackich albumów” – w polskim porządku prawnym pobieranie wciąż jest legalne, a ustalenie tego, czy źródło jest legalne, czy nie, nie leży po stronie użytkownika).